PODRÓŻ SENTYMENTALNA

ABSOLWENCI NIDERLANDYSTYKI WSPOMINAJĄ STUDIA

Anka G. - jestem magistrem!

Moi Drodzy!

Jako że modlitwy pt. "Żeby się naszej Ani noga podwinęła i żeby ona szczęśliwie na wieś wróciła" zostały wysłuchane i w piątkowy wieczór, po obronie pracy magisterskiej dotarłam na prowincję radośnie pokrzykując: "Zdałam, zdałam!", nadszedł czas, by ulec subtelnym, aczkolwiek stanowczym nagabywaniom dr. Rajmana i uraczyć Was wspominkami ze studenckich czasów.

Stop - w tym momencie polały się łzy me czyste, rzęsiste na moją młodość górną i durną: na owo poranne wspinanie się po schodach na czwarte piętro i codzienne zdumienie, że jeszcze nie, że jeszcze nie dziś moja pora, by skonać na zawał gdzieś pomiędzy drugim a trzecim (bo nie od razu windę zbudowano, nie od razu). Na to "g" chroboczące jak chrabąszcz i gulgające jak indor, na te "goede" (czyt. chuje) już na dzień dobry, na wszystkie rozwiewające włosy wiatraki Holandii i każdą belgijską pralinę.

A teraz krótki "terugblik" na rok 2005, by dociec przyczyn mego pojawienia się w KFN. Zatem: Ania pakuje manatki i wyrusza na egzaminy wstępne ze swej cudnej nadbużańskiej krainy do Wrocławia, w którym wtedy, pewnie nie uwierzycie, nie było jeszcze Pasażu Grunwaldzkiego! Z okna sfatygowanej "Dwudziestolatki" rozciągał się widok na jego fundamenty, a trochę dalej były stragany.  Morze straganów. Prawdziwy czad! Bazar trwał nieprzerwanie 24h na dobę ku mej wielkiej radości, bo u mnie stragany montowali tylko na czwartek. Wtedy zrozumiałam, że to moje miejsce na ziemi. Do dziś muszę kłamać, że zdawałam na niderlandystykę z powodu wielkiej fascynacji krajami Beneluksu, a prawda jest taka, że chciałam mieć pod nosem jarmark na okrągło. Postanowiłam uczynić wszystko co w mojej mocy, by nie musieć opuszczać tego raju na ziemi.

Na egzaminach wstępnych pokazałam na co mnie stać: najpierw krótka, ale treściwa rozmowa w języku niemieckim z dr. Zielińskim, później błyskawiczna, nafaszerowana wtrętami rosyjskimi konwersacja z prof. Kiedroniem, a na zakończenie wyczerpująca analiza i interpretacja jakiegoś wierszydła już w moim rodzimym języku przed obliczem osoby do tej pory niezidentyfikowanej. Wszystkiemu w milczeniu, z dobrotliwym(?) uśmiechem przyglądał się dr Rajman. Ogólne wrażenie z egzaminu było równie pozytywne, co wizja codziennych zakupów na straganach przy "Dwudziestolatce", zatem możecie sobie wyobrazić moją radość, gdy zostałam przyjęta.

Po rozpoczęciu roku akademickiego żyłam niczym w słodkim śnie: bazar na wyciągnięcie ręki, na zajęciach jakieś słówka, jakieś rozmówki, jakieś czytanki - same miłe rzeczy. A do tego pani Małgorzata D., która sprawiła, że pierwszy kontakt z językiem niderlandzkim był przyjemny i chciało się jeszcze. Z rozczuleniem wspominam też zajęcia z wymowy z panem Jacquesem D. Najśmieszniejsze były te, na których wymawiał najpierw "v", a następnie "w", "vader", "water" i pytał nas, czy słyszymy różnicę. Niestety nasze jeszcze nieprzyzwyczajone do niuansów 50 lat niderlandystyki we Wrocławiuniderlandzkiej wymowy uszy nie wychwytywały żadnej różnicy w brzmieniu tych dwóch dźwięków (zresztą z ich wymową również bywają problemy: ostatnio moja koleżanka, piastująca już dość wysokie stanowisko w pewnej korporacji, wyznała mi, że najlepszą metodą na zaakcentowanie różnicy między "v" i "w" w trakcie dyktowania klientowi jakiegoś wyrazu przez telefon jest powiedzenie "v als Victor" lub "w als Willem"). Z pewnością na długo zapamiętam także zajęcia z leksyki z dr. Rajmanem, na których przekraczaliśmy własne granice przyswajalności obcych słówek. Niekiedy śniło mi się nawet, że gonią mnie te dziesiątki wydrukowanych kartek ze zwrotami, słówkami, przysłowiami.Najgorsze, że po zaliczonej kartkówce nie można ich było po prostu zapomnieć, bo materiał na każdy kolejny "toets" zawierał wszystko od początku. Interesująco było także w trakcie wykładów z literatury staroniderlandzkiej, gdy ledwo operując współczesnym językiem niderlandzkim musieliśmy rozszyfrowywać teksty pisane w epoce kamienia łupanego. Pamiętam również wesoły śmiech dr Kalli, gdy brnęliśmy przez kolejne strony podręcznika Pieta Calisa, wspaniałe, takie a la Salvador Dali wąsy prof. Kocha, który zawsze wprowadzał mnie w osłupienie swoją wiedzą na zajęciach z literatury południowoafrykańskiej. Do dziś, Panie Profesorze, gdy ktoś mi jęczy jaki to on nieszczęśliwy cytuję za Panem: "Trudności znam, meldować o sukcesach!". Nie zapomnę również zajęć z literaturoznawstwa prowadzonych przez dr Czarnecką, to dzięki niej wiem co to znaczy się naprawdę w "iets verdiepen", "iets doorgronden" i z tego miejsca pragnę Pani jeszcze raz podziękować, że przetrwała Pani tę "onmenselijke lijdensweg", na którą skazałam Panią w trakcie tworzenia pracy magisterskiej. Mimo, że z racji moich zainteresowań skupiałam się zawsze bardziej na przedmiotach związanych z literaturą, nie mogę nie wspomnieć o dwóch językoznawcach: doktorze Zielińskim i doktorze (z wielką przyjemnością przywykłam do tego tytułu) Karpińskim. Pierwszy zawsze zachwycał ciętymi ripostami i bezcennymi poradami na forum naszej strony internetowej, drugi umiejętnością poprowadzenia tak ciekawych zajęć, że nawet taka abnegatka w kwestiach językoznawczych jak ja, chadzała na nie z przyjemnością. Ach, już bym zapomniała napomknąć o najważniejszym wydarzeniu w trakcie całego roku akademickiego: wypełnianiu ankiet w związku z pracą KFN. Wszystkie żale wylewali uciemiężeni studenci na owych arkuszach. Czy poprawiło to ich los? Ciężko stwierdzić, ale miło było mieć chociaż wrażenie (złudzenie?), że ktoś interesuje się opinią biednego żaka.

Na zakończenie chciałabym dodać, że nawet najlepsze zajęcia byłyby niczym bez towarzystwa moich koleżanek i kolegów z roku. Mimo, że kontakty lekko się rozluźniły, to zawsze będzie w moim sercu osobny "boksik" dla niderlandystów. Nigdzie indziej nie poznałabym Ewy P., która jest w stanie zapamiętać wszystko i do tej pory wie na jakiej stronie "Helpa" pojawiało się dane słówko, Marty L., która kroczy śmiało z plecakiem i udowadnia, że świat jest do przejścia wzdłuż i wszerz, Olgi K., przykładu na to, intelektualiści mają wielkie serca, Martynki T. o nazwisku mieniącym się wszystkimi barwami tęczy, Karolinki S., udowadniającej, że na świecie są jeszcze prawdziwe "lady", Sylwii H. z akcentem niderlandzkim tak pięknym, że można by jej słuchać godzinami, Piotrka K., synonimu luzu i optymizmu, Łukasza Ch., obrazoburczego bystrzachy, Marka G., najlepszego doradcy w sprawach osobistych i zawodowych, Agnieszki P. (już Sz.), której sumienność i pracowitość doskonale maskowały to, że w głębi duszy jest wolna i dzika jak stado hipisów, Marzenki Z., oazy stoickiego spokoju, Paulinki R., której nazwisko nuciło kiedyś słowiczą pieśń, Ewelinki K., pełnej dziewczęcego wdzięku, Sonii M., ekstrawaganckiej i twórczej, Magdaleny Z., zawsze eleganckiej i nienagannej, Izabeli K., prawdziwego dynamitu, Grzegorza K., zdystansowanego i opanowanego zawsze i wszędzie oraz wszystkich pozostałych fantastycznych niderlandystów.

Kończę definitywnie moje wywody, stawiając niniejszym tekstem kropkę nad i odnośnie mojego rozstania z KFN i nie ukrywam, że całkowicie szczerze wymalowałam tę laurkę mojej byłej uczelni. Dla mnie czas spędzony na Nożowniczej był fantastycznym czasem i gdy tylko powiję potomka, to wwiozę go naszą superszybką windą na 3 piętro i powiem: to tutaj mama zdobyła fach i stała się pełnowartościowym obywatelem, mogącym służyć swą wiedzą i pracą Narodowi, Kościołowi i Ojczyźnie;)

Z poważaniem,

Anka G.

POWRÓT NA POCZĄTEK STRONY
WSPOMNIENIA