HOMEPAGE

Gazeta Wyborcza, dodatek "Wieża Ciśnień", piątek 24 marca 2006

Afrikaans moja pasja

ORYGINALNY TEKST WYWIADU w formacie .pdf

Najwybitniejszy w Polsce znawca języka afrikaans mieszka we Wrocławiu. Prof. Jerzy Koch, członek Południowoafrykańskiej Akademii Nauk i Sztuk, pracuje właśnie nad pierwszym słownikiem polsko-afrikaans

POWIĘKSZENIESkąd fascynacja językiem, którym mówi garstka ludzi w jednym zakątku świata?

Prof. Jerzy Koch*: Poznałem go przed kilkunastu laty, w Republice Południowej Afryki oczywiście. Jako świeżo upieczony doktor pojechałem na konferencję niderlandystów do Potchefstroom koło Johannesburga. Usłyszałem ludzi mówiących językiem bardzo melodyjnym, miękkim, pełnym zaokrągleń. Byłem zaciekawiony i poirytowany - bo wydawał mi się znajomy, a jednak nie mogłem go do końca zrozumieć; intonacja i wymowa bardzo się różnią od niderlandzkiego. Znalazłem w nim wielu "fałszywych przyjaciół", słów które brzmią tak samo, a znaczą co innego. Choćby "aardig" - po niderlandzku "miły", a w afrikaans "dziwaczny", "wstrętny".
Wróciłem z RPA zafascynowany językiem, o którym wcześniej miałem niewielkie pojęcie. Złapałem bakcyla i postanowiłem się nauczyć afrikaans, aby go uczyć innych. Na wrocławskiej niderlandystyce, gdzie byłem adiunktem, wprowadziłem wstęp do kultury, literatury i języka afrikaans.
Zgodnie z życiową radą ojca, emerytowanego profesora Politechniki, wszystko, co robię, staram się robić z zapałem. Afrikaans jest jednak czymś więcej - to pasja.

Jak to się stało, że Holendrom udało się zaszczepić swój język tylko w Afryce? Dlaczego nie w Azji, gdzie prowadzili potężne interesy, posiadając monopol na handel korzeniami?

Wcale nie mieli takiego zamiaru, powstanie afrikaans to wypadek przy pracy. W XVII wieku Holendrzy byli potęgą w handlu pieprzem, cynamonem, gałką muszkatołową, goździkami. Przywozili je z Indii i Indonezji. Przylądek Dobrej Nadziei na południowym skrawku Afryki leżał równo w połowie drogi morskiej, więc tu w 1652 roku założono bazę. Miała to być tylko stacja zaopatrzeniowa dla holenderskiej floty, ale okazało się, że to za mało. Żeglarze płynący całymi miesiącami na Wschód potrzebowali świeżych warzyw i owoców chroniących przed szkorbutem, częstą dolegliwością w długich morskich podróżach. Powstała kolonia: urzędnikom Kompanii Wschodnioindyjskiej przydzielono działki i zrobiono z nich farmerów. Przybysze z Europy zawijali do Kapsztadu pod różnymi banderami.
Oprócz Holendrów w Kolonii Przylądkowej osiedlali się także Skandynawowie, Niemcy, Francuzi. Dali początek dzisiejszym Afrykanerom. Białych kolonistów nazwano Burami, od "boer" - chłop, farmer. Pomagali im Hotentoci, rdzenni mieszkańcy południowej Afryki oraz niewolnicy sprowadzani z Indii, Indonezji, Madagaskaru. Z tej mieszanki niderlandzkiego, języka Hotentotów i żargonu malajsko-portugalskiego powstał nowy język - afrikaans. To jedyny współczesny język, w którym spotkały się Europa, Afryka i Azja. Mowa żeglarzy, handlarzy niewolników i samych niewolników.

Dlatego afrikaans uważano za język gorszy, wykoślawiony niderlandzki?


Pewien Holender powiedział mi, że kiedy po raz pierwszy zobaczył na biurku ojca tekst w afrikaans, miał wrażenie, że to niderlandzki, który długo leżał na słońcu. Język, który wyblakł, z którego coś uciekło, choćby znaczna część trudnej gramatyki.
Anglicy nazywali go pogardliwie językiem służby lub kuchennym. Faktycznie był to język Hotentotów, niewolników i Koloredów oraz biednych białych farmerów z prowincji, dopóki w XX wieku Afrykanerzy nie uczynili z niego najważniejszego elementu swojej narodowej tożsamości.
Dziś afrikaans jest językiem ojczystym sześciu milionów kolorowych i białych mieszkańców RPA, ale także Namibii. W Europie zajmuje się nim - badaniem literatury i języka - kilkanaście osób.

Jest we Wrocławiu choć jedna osoba, z którą może Pan sobie swobodnie porozmawiać w tym języku?

Dokładnie jedna (śmiech). Na Uniwersytecie mamy studentkę z Republiki Południowej Afryki. To Polka, która tam się wychowała. Kiedyś jeszcze egzaminowałem dziewczynę w XIV LO, również z polskiej rodziny osiadłej w RPA.
W Poznaniu, gdzie także wykładam, mam dwóch pracowników naukowych z tego kraju.

Nikt dotąd w Europie nie opisał literatury południowoafrykańskiej. Pańska książka przybliża kulturę kraju, która do niedawna nie była u nas specjalnie znana. Sytuacja zmieniła się w ostatnich latach, kiedy Nobla otrzymała dwójka pisarzy południoafrykańskich, Nadine Gordimer i John Coetzee. Znany jest u nas także André P. Brink, choćby ze świetnej powieści "Chwila na wietrze".

Piszący w afrikaans Brink jest jednym z najczęściej tłumaczonych tamtejszych pisarzy. Mieszka w Kapsztadzie, ma przyjaciółkę Polkę. Koresponduję z nim i chciałbym niebawem zaprosić go do Polski.
Coetzee pisze wprawdzie po angielsku, ale czerpie z tzw. powieści farmerskiej popularnej w afrikaans w latach 30. ubiegłego wieku. Powieść farmerska pokazywała przemiany obyczajowe na prowincji południowoafrykańskiej, a jej stałym motywem było odejście syna marnotrawnego, który nie chce objąć ziemi po ojcu, jednak po doświadczeniach w świecie wraca na ojcowiznę. Opozycja młodego i starego pokolenia, jednostka ukazana jako świadome ogniwo w ciągu pokoleń, takich nawiązań do tradycji południowoafrykańskiej jest w "Hańbie" Coetzee więcej.
We Wrocławiu kilka miesięcy temu, podczas "Festiwalu opowiadania" gościliśmy Abrahama de Vriesa, mistrza krótkich opowiadań. Czytał swoje utwory w afrikaans, a na scenie był wyświetlany przekład mojej studentki.
Moja "Historia literatury południowoafrykańskiej" bada głównie niderlandzko- i afrikaansjęzyczne piśmiennictwo.
Dotąd opisałem okres kolonialny do 1900 roku, teraz zacząłem pracę nad drugim tomem poświęconym literaturze XX wieku.

I nad słownikiem afrikaans, pierwszym w Polsce.


W RPA nie ma niestety filologa znającego i afrikaans, i polski, który mógłby pracować wraz ze mną nad projektem. Jestem zdany tylko na siebie, więc tym większą czuję odpowiedzialność. Na świecie istnieją tylko słowniki afrikaans tłumaczone na niderlandzki, niemiecki i angielski. Ten polski będzie czwartym. Ostatnie opracowane przeze mnie hasło to "gładki" - w afrikaans "glad".
Doszedłem na razie tylko do litery G, bo dzielę czas między wykłady we Wrocławiu i w Poznaniu, pracę naukową i tłumaczenia książek. Mam właśnie przełożoną powieść Etienne'a Leroux, "Siedem dni u Silbersteinów" .To historia inicjacji młodzieńca ze starego afrykanerskiego rodu, który przyjeżdża do majątku nieopodal Kapsztadu, gdzie ma poznać swoją narzeczoną, Żydówkę z rodziny nuworyszy. Świetna rzecz, piękna parabola losów człowieka. Gdybym miał więcej czasu na tłumaczenia ...
Rubens otoczył się rzeszą asystentów, którzy gruntowali mu płótna i robili podstawowe szkice, a on tylko wykańczał najważniejsze elementy dzieła. Czasem mu zazdroszczę (śmiech).

W ubiegłym roku został Pan, jako jedyny Polak, członkiem Południowoafrykańskiej Akademii Nauk i Sztuk. Zaskoczyło Pana to zaproszenie?

Czułem, że coś się kroi, bo poproszono mnie o CV i listę publikacji. To dla mnie sprawa bardzo prestiżowa, bo Akademia założona w 1910 roku w Pretorii, wśród swoich 800 członków liczy obecnie zaledwie kilka osób z zagranicy. Członkostwo przyznawane jest w uznaniu szczególnych osiągnięć w dziedzinie nauki, technologii lub kultury. Zagraniczni członkowie muszą się cieszyć uznaniem środowiska akademickiego we własnym kraju oraz sprzyjać dobrym stosunkom z RPA.

Która większości Polaków kojarzyła się dotąd głównie z apartheidem i Nelsonem Mandelą.


Mamy dość błędne wyobrażenie o Republice jako o kraju napięć rasowych, tymczasem tak życzliwych ludzi, jak tam, nigdzie nie spotkałem. Południowoafrykańczycy, niezależnie od rasy, to otwarci, gościnni ludzie, którzy kochają życie, czego wyrazem może być ich świetna kuchnia, z winami na czele.
Znajomych, którzy przyjeżdżają z RPA, proszę o przywiezienie tamtejszych przysmaków. Biltong to mięso - wołowe, z antylopy lub strusia - ususzone w płaty, pikantne, z dużą ilością kolendry, o wyjątkowym smaku. To stary sposób Hotentotów na przechowywanie żywności. Trzymam biltong w domu nawet przez pół roku. Żuje się go w kawałkach do wina czy whisky, a zmielonym posypuje jajecznicę. Bardzo lubię coraz popularniejszą w Polsce herbatę rooibos z liści czerwonokrzewu. W języku afrikaans "rooi" to czerwony, a "bos" to las, zarośla. W RPA jest bardzo popularna, gotuje się ją na małym ogniu i podaje z mlekiem.
Przyrządzamy w domu "bobotie", danie przywiezione do Kolonii Przylądkowej przez niewolników malajskich: wołowina zapiekana z curry, suszonymi owocami, rodzynkami, migdałami i chutney. Przygotowujemy to z żoną na wyjątkowe okazje.
Rok temu zabrałem żonę i synów do Republiki. Przejechaliśmy kilka tysięcy kilometrów i rodzina przyznała: "Teraz już wiemy, czemu jesteś taki zakręcony na punkcie tego kraju."
A naprawdę wszystko zaczęło się w latach 80., kiedy uczyłem niemieckiego w XIII LO i przygotowaliśmy z uczniami wróżby andrzejkowe. Wosk, który wtedy lałem, przypominał serce, ale jeden z uczniów stwierdził, że to jest raczej kontur RPA. Śmialiśmy się z tego, bo w tamtych latach oznaczało to tylko emigrację, ale wróżba się spełniła.

Bywa Pan tam często?

Co niedzielę mam kontakt z Afryką - punktualnie o g.11 na żywo słucham przez internet programu literackiego z Kapsztadu.
Udaje mi się bywać tam raz do roku; w czerwcu wybieram się na dwie konferencje. Rok temu miałem w RPA wykład pamięci profesora P.J. Nienabera, tamtejszego wybitnego literaturoznawcy, zmarłego przed kilku laty. To bardzo barwna postać i niestrudzony badacz. Krąży anegdota, jak to któregoś dnia znalazł u farmera na strychu cenną książkę. Schował ją z tyłu pod płaszczem, wetkniętą za pasek od spodni. Wziął kilka mniej wartościowych książek i pyta farmera, czy może je zabrać. "Tak" - zgodził się farmer i do odchodzącego profesora rzucił - "A tę, co sobie do tyłka włożyłeś, też możesz".

rozmawiała Aneta Augustyn

*Prof. Jerzy Koch,
kierownik Zakładu Współczesnej Literatury Niderlandzkiej i Afrikaans w Katedrze Filologii Niderlandzkiej Uniwersytetu Wrocławskiego i Zakładu Kultury, Literatury i Języka Niderlandzkiego i Afrikaans w Instytucie Filologii Angielskiej UAM. Jest pierwszym historykiem literatury niderlandzkiej w Polsce, który otrzymał tytuł profesorski.
Dwukrotnie nagrodzony przez ministra edukacji, za "Historię literatury południowoafrykańskiej. Literatura afrikaans. XVII-XIX wiek" oraz "Outsider onder de zijnen. Vormen van xenofanie in de Afrikaanse roman" ("Outsider wśród swoich. Formy ksenofanii w powieści afrikaans"). Z tej ostatniej uczą się m.in. studenci niderlandystyki w Amsterdamie.
Laureat prestiżowej nagrody im. Martinusa Nijhoffa przyznawanej w Holandii przez Fundację Księcia Bernharda za dorobek w dziedzinie tłumaczeń literatury niderlandzkiej. Zdobył drugie miejsce w zorganizowanym w Holandii konkursie na esej o XIX-wiecznym pisarzu Multatulim (Eduardzie Douwes-Dekkerze). Współautor Encyklopedii Powszechnej PWN w zakresie literatury niderlandzkiej. Współpracuje m.in. z University of the Free State w RPA. Wrocławska niderlandystyka, na której wykłada, powstała w latach 70. i jest najsilniejszą w Polsce.
W 1981 profesor, wówczas absolwent germanistyki, był jednym z działaczy Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Komendant gmachu filologii podczas strajków, został internowany w więzieniu w Nysie i Strzelinie. Udzielał tam robotnikom lekcji niemieckiego.

PRZEGLĄD UNIWERSYTECKI: http://www.pu.uni.wroc.pl/ROK2006/NUMER3/PU_3_2006.pdf (patrz str. 40)pdf
POWRÓT NA POCZĄTEK STRONY